Elegia dla śniegu i lodu

Prezenterzy prognoz pogody i spikerzy radiowi chyba ich nie żałują, podobnie jak deszczu. W środku lutego cieszą się, że jutro jedenaście stopni. W weekend niestety chłodniej, dodają markotniejszym tonem. (Latem, gdy od upałów schły ostatnie zbiory, a drzewa gubiły liście jak w październiku, z klimatyzowanych studiów pokrzepiali nas słowami, że nazajutrz znów upalnie, na termometrach 33 stopnie, będziemy mogli wciąż cieszyć się słońcem).

Tymczasem „nie-zimą” (jak pisze Andrzej Muszyński) środkowo-wschodnia Europa na długie miesiące pogrąża się w „nie-porze”, jak mówi moja przyjaciółka. Z kolei inni przyjaciele, którzy jeszcze piszą listy i rozglądają się uważnie wokół, donosili niedawno z gór, zza czeskiej granicy: „dziś, po paru dniach opadów, krajobraz w Harrachowie zaczął zbliżać się do tego, co 5 lat temu nietrudno było znaleźć w Kabatach czy innych Choszczówkach”. Nie-pora: krótkie dni, szare, odkryte trawniki, nagie drzewa, bezbronne w swojej bezbarwności, wypuszczające pączki, jakby chciały wysondować, czy już można. Nijakie, niepewne ciepło, te kilka stopni powyżej zera, nie przynosi ulgi, raczej tęsknotę do czegoś, co byłoby jakkolwiek określone. Dni są szare, wilgotne, niskie niebo nie zachęca, by w nie spojrzeć. Kos śpiewa w nocy do ulicznej latarni, jednego z tysiąca dzielnicowych słońc. Wiosna wpływa w nie-porę niepostrzeżenie, a potem wszystko dzieje się bardzo szybko, nie zauważamy, kiedy.

Acha, więc to jest ta jakość życia. Wolałam skrzypienie śniegu pod butami, tę raźność mroźnego dnia, który zmuszał, by iść do przodu, robić coś, bo marzną palce. Wolałam budzić się w przedziwnym ogrodzie, w który nocny śnieg, na kilka dni, dopóki był świeży i czysty, zamieniał miasto. Starając się nie popaść w nadmierny infantylizm, nie wspominam o sankach, rzucaniu się śnieżkami i innych dawnych zwyczajach.

Nazwy miesięcy utraciły już dawno związki z rzeczywistością, natura jest jakby dziwnie nie taka, jaką pamiętamy z dzieciństwa, ale to nie szkodzi, możemy konsumować, a to nam nadaje tożsamość i sens, pozwala nie patrzeć na to, co za oknem. Możemy zupdejtować swój status i czekać na reakcję, potwierdzenie, że wszystko jeszcze się jakoś toczy. Truskawki w styczniu, szparagi w lutym, czy to nie cudowne, jakie możliwości daje współczesna gospodarka, pozbawiona krępujących barier miejsca i czasu? Gdy wyschną europejskie pola, zawsze (?) będą rozległe ciepłe ziemie jakiegoś Peru, gdzie roli pod dostatkiem, a siła robocza niedroga. Jeśli nie-pora nam się zbytnio uprzykrzy, wskakujemy w samolot tanich linii i lecimy do Egiptu. Albo na narty na alpejski lodowiec, czy do Tajlandii, jeśli jesteśmy zamożniejszą klasą średnią (najczęściej nie jesteśmy).

O destrukcji przyrody, zmianach klimatu i wyzysku, powodowanego przez dzisiejszy system gospodarczy, pisze się sporo. Być może mniej mówi się o utracie radosnego wyczekiwania. O radości, jaką daje (dawała?) zmienność pór roku i wiążących się z nim aktywności, pożywienia, świętowania. Jak na tych XVII-wiecznych holenderskich obrazach, przedstawiającym łyżwiarzy na jakimś zamarzniętym miejskim kanale czy wiejskim stawie.

Hendrick Avercamp

Ciężko nie sięgnąć po marcową truskawkę, którą ktoś stawia przed nami na stole albo wabi nas promocją na półce dyskontu. Obecny model kapitalizmu mami urokiem taniej (gdyż koszt jest ukryty) możliwości natychmiastowego spełnienia małych pragnień. Przy okazji odbiera (jeśli nie posiadamy w sobie ogromnych pokładów samokontroli, ale umówmy się, jednak większość z nas jest bardziej jak pies, przed którym ktoś stawia mięsną miskę) – radość z nagrody odroczonej, to ciągnięcie za ucho, gdy się zjada nowalijki. W ten sposób nakaz konsumowania, pozornie sprzyjający swobodnemu wyborowi i rozwojowi indywidualności, pozbawia nas podmiotowości, a także związków z przyrodą. Może ta „protestancka” samokontrola, której częścią było babcine trzymanie opakowań po herbacie, kalendarzy sprzed dwudziestu lat i noszenie zetlałych palt, była formą opresji (pytanie, co nią nie jest, bo trudno nazwać od niej wolną obecny przymus ciągłej autoprezentacji, reklamowania samego siebie), ale pozwalała przynajmniej jakoś chronić zasoby.

Jednak nawet jeśli będziemy praktykować wewnętrzną dyscyplinę i zanurzymy się w którąś z restrykcyjnych konsumenckich subkultur, nie przybędzie od tego śniegu za oknem. Czy da się go ocalić? Mimo moralizatorskich apeli o „zachowanie planety” (kto z nas mieszka na „planecie”?) zatrzymanie tej wielkiej machiny, którą napędzają nasze własne behawioralne odruchy, wydaje się nieskończenie trudne. Choć chciałabym się mylić.

 

Dla M. (K.) oraz J. i Mi

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *