Pani Halo, niech się Pani trzyma!

Ostatnio Pani Premier zaangażowała się wolontariacko w kampanię reklamową Biedronki –  postanowiłam zatem jej wzorem pouprawiać trochę marketingu szeptanego na tym skromnym blogu. Zasięg tego przedsięwzięcia będzie oczywiście nieporównanie bardziej mizerny, jednak czyż wielkich czynów nie warto powtarzać na własnych podwórkach?

Będzie więc trochę o Pani Hali z WSS Społem Żoliborz.

Kilka miesięcy temu w znanym z „przenikliwych i popartych prawdziwie ekspercką wiedzą” komentarzy portalu „NaTemat” ukazał się artykuł o sieciach sklepów Społem, zatytułowany „A mogli być drugą Biedronką…”. Autor próbuje wyjaśnić dziwną sytuację: mianowicie „Społem” ma wciąż najgęstszą sieć sklepów w Polsce, i to w najlepszych punktach miast. A przecież w sklepach tych ceny wyższe są niż w dyskontach, i jak diagnozuje „eskpert branży”, ich zarządcy to „leśne dziadki”, przypominający działaczy PZPN. „Społem” utrzymuje się, jak sugeruje autor, tylko dzięki stałej klienteli starszych osób, które chodzą tam z przyzwyczajenia..

Spółdzielczość ostatnio zrobiła się modna, ale u młodych zwolenników kooperatyzmu sklepy „Społem” również nie mają dobrej prasy –  są symbolem skostniałej spółdzielczości PRL-owskiej, która z ideałami spółdzielczymi nie ma nic wspólnego prócz nazwy. Po rozwiązaniu związków rewizyjnych na mocy tzw. specustawy spółdzielczej z czasów transformacji, sieć „Społem” podzieliła się na szereg mniejszych organizmów, część sklepów została sprywatyzowana. Nie znam życia „Społem” od wewnątrz, ale mogę przypuszczać, że wielu z nich do ideału transparentnej demokracji spółdzielczej jest pewnie daleko. Mówi się, że władzę sprawuje nieraz wciąż ta sama grupa osób, a członkami spółdzielni są głównie osoby z rodziny lub znajomi prezesa – choć twardych danych brak. Podobno zostanie członkiem „Społem”, tak z ulicy, graniczy z cudem. Aby ubiegać się o członkostwo WSS Społem Warszawa Śródmieście, należy mieć pisemną rekomendację innego członka.

Niebanalną, falującą fasadę Hali Marymonckiej na warszawskim Marymoncie pamiętam z dzieciństwa jako budynek monumentalny i budzący respekt – gdy dwa lata temu przeprowadziłam się w jej okolice, zdziwiłam się, jak bardzo wydaje mi się teraz niewielki. Raz, że sama urosłam, dwa, że nie było wówczas wtedy wszechobecnych, wielkich centrów handlowych. Halę Marymoncką darzyłam szacunkiem nie tylko ze względu na jej rozmiar, ale także z innego, bardzo specyficznego powodu. Myślałam, że „Hala” to imię, a „Marymoncka” to nazwisko – pewnie dlatego, że moja babcia ma na imię Hala. Podobnie było z Halą Mirowską – również piękną i monumentalną, ceglaną, z przełomu XIX i XX wieku. Tak więc obie Hale do dziś pozostają dla mnie trochę osobami.

Historia Pani Hali Marymonckiej sięga 1938 roku. Wówczas planowano budowę hali targowej, ale powstał jedynie szkielet. W czasie okupacji Niemcy zbudowali tu fabrykę Opla, w 1944 roku budynek zajęli powstańcy. Halę właściwą otwarto dopiero w 1972 roku jako filię Hali Mirowskiej. Nie pamiętam już kawiarenki „Tośka”, która powstała na piętrze „dla utrudzonych zakupami”. Ledwo przypominam sobie starą elewację, zamienioną na szkło i metal w 2007 roku. Ale choć miłośnicy modernizmu się bardzo martwią, akceptuję ją w nowym przebraniu. Przechodzę przez obrotowe drzwi i biorę metalowy koszyk.

Hala marymoncka

Zakupy w Hali robi się spokojnie i bez pośpiechu. Asortyment jest duży, nieraz większy, niż w wielkopowierzchniowych sklepach. Nie brakuje tu produktów dużych koncernów, które można dostać gdzie indziej. Ale najważniejsze jest to, że oferta bogata jest w produkty lokalne i wyprodukowane przez spółdzielnie – szeroki wybór nabiału z mazowieckich, lubelskich czy mazurskich spółdzielni mleczarskich, albo spółdzielczo produkowanych wód mineralnych – oprócz znanej „Muszynianki” jest jeszcze np. „Krynka” z Podlasia. Na górze, w dziale gospodarstwa domowego, można dostać wyprodukowaną w Polsce bieliznę czy ubrania – naprawdę rzadkość, konsument czuły na warunki pracy w fabrykach w Birmie mógłby się zainteresować. No i kosmetyki krajowej produkcji nie zajmują dolnych półek, jak w Rossmannie, ale większość. Myślącym ciepło o Grecji, a chłodniej o gospodarczej hegemonii Niemiec w Europie też mogłoby się to spodobać. W dziale spożywczym w przystępnych cenach można znaleźć też wiele produktów chętnie kupowanych dla wegetarian – jak mleka i kiełbaski sojowe. Albo naprawdę tanie jajka z hodowli nieklatkowych. W Hali widuję sporo starszych ludzi, ale też całkiem dużo młodszych.

Nie sądzę, żeby managerowie Hali Marymonckiej myśleli o Grecji albo szczególnie przejmowali się prawami zwierząt. Ale widać, że przynajmniej za część decyzji managerów odpowiadają wartości – wspieranie lokalnej gospodarki i spółdzielczości – a nie tylko zyskowny kontrakt (za takie decyzje można by dawać ordery, ale to raczej nie u nas). Oznacza to, że przynajmniej w jakiejś mierze „Społem” są jeszcze spółdzielniami.

Czas do kasy. Stojąca przede mną klientka pyta kasjerkę, co się stało w rękę, bo ma zabandażowaną. Panie pracujące w Hali zachowują się inaczej, czuć, że są bardziej u siebie. Bywa, że żartują, czasem narzekają – przekrzykują się między kasami, dyskutują wśród półek. Na forach internetowych klienci ganią niesympatyczną jakoby obsługę; płynie „hejt” na babcie, które powinny co najwyżej niańczyć wnuki. Jedna klientka, nieprawidłowo potraktowana na stoisku z wędlinami, stwierdza z oburzeniem, że te same ekspedientki pracują 20 lat na jednym stanowisku – skandal! Nie spotkałam się z niemiłym traktowaniem, jeśli już, to z pewną zasadniczością, typową dla pracowników z dłuższym stażem, którzy znają swoje prawa.

Fakt, że ludzie starsi uparcie wybierają sklepy „Społem”, zamiast „racjonalnie” udać się do Biedronki, gdzie pewne produkty rzeczywiście są tańsze, to nie tyle efekt niechęci do zmian czy starczej nieudolności, jak delikatnie sugeruje autor tekstu w „NaTemat” – to tylko jeszcze jeden dowód na to, że cena nie jest jedynym kryterium, jakim kierują się klienci, nawet ci relatywnie ubożsi – co zresztą nie jest stwierdzeniem szczególnie odkrywczym. Otóż w cenie produktów w „Społem” zawarte jest to wszystko, co opisałam powyżej – spokój, brak nachalnych komunikatów z głośnika, parę słów zamienionych z kasjerką. Ale przede wszystkim – w miarę godziwa zapłata za pracę producentów oraz dla pracowników.

Dalsza polityka ekspansji Biedronki i innych tego typu sklepów w Polsce doprowadzi do polaryzacji – masowa, bardzo tania i gorszej jakości żywność dla biednych i organiczna i slowfoodowa, superdroga żywność dla zamożnych – dostępna w specjalistycznych sklepach czy bazarach, a także w kooperatywach, które powoli zamieniają się w ekskluzywne kluby zakupowe. Kupowanie żywności dobrej jakości w cenach średnich jest chyba najbardziej rozsądne.

Stwierdzenie, że żywność w dyskontach jest zbyt tania, może wydawać się elitarne, nieliczące się z potrzebami najbiedniejszych. Wypadałoby jednak powiedzieć, że to płace i świadczenia w Polsce są zbyt niskie. Dumpingowe ceny żywności w istocie tylko napędzają tę spiralę – czyniąc produkcję jeszcze mniej opłacalną. „Oszczędności, które generowane są w obszarze czynszów, są tracone poprzez relatywnie wysokie koszty w innych obszarach, np. w nabywaniu towarów. Stad końcowa cena, zamiast być na poziomie sieciówki, jest często wyższa” – tłumaczy kłopoty „Społem” „anonimowy ekspert branży handlowej” dziennikarzowi NaTemat… Biedronka, która chwali się polskością swoich produktów, nie chwali się już tym, jak traktuje producentów. O łamaniu praw pracowników nie wspominam, gdyż pisano już o tym wielokrotnie.

Cytowany ekspert sugeruje, że lepiej byłoby więc całą kiepsko radzącą sobie sieć sprzedać konkurencji, ale martwi się, że za sprawą segmentacji sieci jest to niemożliwe. Mam nadzieję, że „Społem” nigdy nie zostanie „drugą Biedronką”. Że będzie radziło sobie lepiej, że być może na fali mody, która sprawi, że nie będzie musiało już wstydzić się swojego spółdzielczego charakteru – stanie się bardziej demokratycznie zarządzane. No i pozostanie po prostu ludzkie.

Niech Hala Marymoncka pozostanie Panią Halą, niech jej imię i nazwisko dumnie prezentuje się pod falującym dachem. Niech się Pani trzyma, pani Halo!

Jeden komentarz

  1. Starej elewacji naprawdę szkoda, a nowa jest nieco kiczowata…Ale do rzeczy, generalnie podzielam Pani obserwacje, nie wiem skąd tyle narzekań na rzekomą nieuprzejmość obsługi w Społemowskich sklepach, jeśli to nie „hejt” na zamówienie, to chyba wyraz frustracji tych klientów, którzy przyzwyczaili się traktować obsługę „z buta” i wszczynać awantury z byle powodu. W hipermarketach, Biedronce czy Lidlu wtedy faktycznie obsługa stuli uszy po sobie, zaś panie w Społem na takie traktowanie sobie nie pozwolą. I słusznie. Właśnie w Biedronkach i hipermarketach można się częściej spotkać z nieuprzejmym odburknięciem zamiast odpowiedzi, a uprzejmość przy kasach jest sztucznie przyklejona do twarzy i oparta na tych samych zawsze stereotypowych formułach; jak zazwyczaj w „nowoczesnym handlu” w sieciówkach.

    Zarzut, że ktoś długo pracuje na tym samym miejscu, wydaje się przekomiczny, bo to w handlu raczej zaleta: panie w Społem dobrze wiedzą, gdzie jest jaki towar, i szybko go wskażą, zaś próba dowiedzenia się o to w hipermarkecie zwykle kończy się odesłaniem do kogoś innego, lub ogólnikową wskazówką typu „proszę iść tam”.

    Za negatywnym nastawieniem do Społem może stać po prostu wrogość wobec jednej z ostatnich enklaw w obszarze sieci handlowych, w której jeszcze dominuje praca na etat, gdzie rotacja pracowników jest ograniczona, gdzie nie zwalnia się ludzi tuż przed emeryturą. Tak nie może być, to się nie godzi, oburza się parówkowy portal, promujący nowoczesność (objawiającą się np. w odbieraniu wezwania do sądu w sklepie rybnym, co zachwalał red. Machała).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *