Godność w Jabolandzie

Dumając nad wynikiem ostatnich wyborów, warto, niezależnie od tego, jak głosowaliśmy i co uważamy o obu kandydatach i ich formacjach, zatrzymać się nad zdaniem wypowiedzianym przez Andrzeja Dudę:

„Chciałbym być zapamiętany jako ktoś, który przywraca Polakom godność”.

Jako komentarz do tego zdania chciałabym zaprezentować kilka wyrwanych z kontekstu cytatów z pism osobistości znanych i cenionych, identyfikowanych ze światopoglądem lewicującym bądź liberalnym. Nie są to politycy, lecz postaci kształtujące obecnie polską kulturę. (W tym kontekście nie ma znaczenia, kto jest autorem tych słów, można to zresztą łatwo sprawdzić).

Dla mnie, osoby, która na podstawowe pytanie wędrowców: ‚Where are you from?’, odpowiadała: ‚From Europe’ albo przewrotnie ‚From Japan’, problemem stała się tak zwana ojczyzna. Polska mnie uwierała.

Nie wiem dlaczego, ale zazwyczaj te hotele nazywają się Polonia, może dlatego że okolice dworców w tym kraju zawsze są brzydkie, smutne i brudne, więc nieodmiennie polskie. Zapuszczony, z halą i peronami zasranymi przez gołębie, pełen meneli i złodziei oraz zszarzałych podróżnych, dworzec kolejowy i obok niego hotel Polonia, oto kwintesencja tego kraju.

Wyszedłem. Minąłem wejście do krypty, w której położono Lecha Kaczyńskiego za to, że wyobrażał sobie polski interes narodowy jako podskakiwanie wyżej wała; minąłem bliznę po pierwszym wawelskim kościele, po tak zwanej polskiej prehistorii, usiadłem na murku i zapaliłem papierosa. NON NOBIS, DOMINE – napisane było na katedrze, i to była prawda, przynajmniej do tego punktu. Nie „nasze”, bo tu nie było niczego „naszego”. Nie było, bo nie było „nas”. Nie było czegoś takiego jak „my”. Każdy tu był sobie, a to, że komuś jeszcze się chciało odprawiać przestarzałe państwowe rytuały, to była po prostu rozpacz i nic więcej.

(…) to była kolejna polska niedojrzałość, o której nikomu się nie chce nawet mówić, bo język i ręce opadają. I w ten właśnie sposób Polska staczała się znów w tę czarną, szamańską dziurę, w którą się ostatnio stoczyła wtedy, gdy jezuici rozgonili reformację. I po raz kolejny traciła szansę stania się tym, co wszyscy – nawet u nas – nazywają „normalnym krajem”.

Pan Jan to polskość hegemoniczna, oczywista, nieurefleksyjniona. Ucieleśniająca patriarchalną zasadę władzy, wspierającą się na figurach patriotyzmu, poświęcenia za ojczyznę, antykomunizmu, skonstruowanej wokół przemocy męskości.

(…) liberalna inteligencja dzieli z narodową prawicą szereg przesądów – wyobrażenie o przedwojennych klasach wyższych i średnich jako ostoi polskości i jedynym podmiocie historii narodowej, nieufność do przemian społecznych uruchomionych przez stalinizm, rusofobię, przekonanie o totalitarnym, okupacyjnym charakterze Polski Ludowej;

Odwieczna ciasnota polskości upozowana na bogobojną dziewiczość zyskuje tu ironiczny kształt w postaci dojrzewającej dziewczynki.

Smoleńska tragedia ujawniła główną ranę polskiej tożsamości. Jesteśmy podmiotem neurotycznym, ale ze skłonnościami do przechodzenia w psychozę; podmiotem, który chce cierpieć i konstytuuje się na poczuciu winy oraz systemie podejrzeń wobec świata; podmiotem, który opiera swoją tożsamość na traumie i nieufności, stanowiącej centralną oś myślenia i odczuwania. 

Ta buchalteria emocjonalna świadczy o niemożliwości dorośnięcia.

 W istocie katastrofa smoleńska ujawniła nie tyle opór przed ponowoczesnością, co raczej nienowoczesność Polski. Z pewnością jesteśmy podmiotem neurotycznym, który chce cierpieć, który konstytuuje się na poczuciu winy, opiera swoją tożsamość na traumie stanowiącej centralną oś myślenia i odczuwania.

W tym Jabolandzie pociąg osobowy zatrzymuje się nader często, na stacyjkach wyglądających trochę jak z Ludowej Republiki Dzikiego Zachodu. Wsiadają do niego jacyś ludzie, ale zadziwiająco mało żywi. Jakby prosto spod ziemi wypełzli, w tych swoich szarych porciętach i czarnych buciętach kupionych za dwanaście złotych w teskaczach i kerfurzakach.

Cały ten region jest – w zasadzie – Wielkim Radomiem. Polską radomską. Komukolwiek się wydaje, że jest tutaj lepszy – bredzi. Weźmy takie Kielce. Jeśli wysiąść na dworcu, to – zupełnie jak w Radomiu – powita pielgrzyma widok tłumnie zgromadzonych łysych pał z podbitymi oczami. Na ulicach toczy się taka sama walka historycznych ambicji ze współczesną wersją radosnego barbarzyństwa.

***

Chorobą dużej części polskich elit stała się obsesyjna samonienawiść. To jednak samonienawiść specyficzna, bo dzięki jej kultywowaniu jej adepci mogą postawić się poza gnuśną i pogardzaną wspólnotą, a jednocześnie utrzymywać pozycję oświeconych autorytetów. Służy do tego  stary dobry zabieg bicia się w cudze piersi – winny jest lud, motłoch i tłuszcza, gotów w każdej chwili rzucić się gorliwie do odwiecznego „polowania na czarownice”.

Z wyższości swojej pozycji krytycznych intelektualistów, nasi specjaliści od przepracowywania  prowadzą psychoterapię chorego społeczeństwa metodą poniżania, ośmieszania i bagatelizowania cierpienia. Daje to gwarancję, że terapia nigdy się nie skończy, a więc lekarz, umiejętnie podtrzymując chorobę, zawsze będzie miał zatrudnienie.

Często spotykam się ze zdziwieniem, że ludzie dają się porwać politykom, którzy działają wbrew rzeczywistym (w domniemaniu, ekonomicznym) interesom swojego elektoratu, mamiąc go pustymi frazesami. Tego typu opinie często słychać po stronie lewicowej, której reprezentanci zazwyczaj słusznie wskazują, że główne rywalizujące ze sobą formacje polityczne (chodzi przede wszystkim o PiS, który retorykę socjalną łączy z poparciem dla przedsiębiorców i niechęcią do podwyższenia podatków dla najbogatszych) realizują politykę daleką od socjaldemokratycznej wizji redystrybucji z czynnym udziałem państwa.

Nie chcę teraz rozstrzygać  tych wątpliwości –  to temat na dłuższy tekst. Chcę tylko zwrócić uwagę, że prawdziwość twierdzenia o działaniu wbrew interesowi większości zależy jednak przynajmniej po części od tego, jak interes jest rozumiany. Chodzi tu nie tylko o to, że postulaty ekonomiczne średniaków i biedniejszych należałoby umiejętnie „opakować” w język „strawny” dla większości. Także o to, że potrzeba godności jest potrzebą głęboko ludzką, a nie jedynie zastępczym „kitem”, który próbują nam wciskać polityczni PR-owcy (co oczywiście nie znaczy, że potrzeb tych nie wykorzystują do swoich, niecnych nieraz, celów). Bez podstawowego poczucia godności, bez szacunku  nie da się też mierzyć uczciwie i bez przekłamań z trudną i bolesną historią. Jeśli przynajmniej część powyższej diagnozy krytyków współczesnej polskiej świadomości, jak choćby częste obwinianie rozmaitych Innych o własne nieszczęścia albo obsesja na punkcie nieskazitelnej czystości własnej historii bywa słuszna, pierwszym możliwym do zaaplikowania lekarstwem jest poczucie, że nie jesteśmy znikąd, że istnieje, wbrew temu, co twierdzi Ziemowit Szczerek, jakieś „my”. Tylko ludzie, którzy są traktowani z szacunkiem, tylko tacy, którzy mają świadomość egzekwowalności własnych praw, mogą wyciągnąć rękę do uchodźców albo w ogóle wykazać się jakąś empatią.

Świadomość narodowa to nie bezkształtna magma, która daje się dobrowolnie modelować na wzór pomyślany przez oświeconych modernizatorów; to złożona, delikatna budowla tworzona przez stulecia historycznych doświadczeń, którą można przebudowywać tylko mozolnie, powoli i wspólnym wysiłkiem, tak, żebyśmy wszyscy mogli w niej mieszkać. Jeśli chcemy tylko ją burzyć,  nie dziwmy się,  że jacyś niedorośli ludzie, którzy powinni siedzieć spokojnie w psychiatryku, zszarzali podróżni albo łyse pały, zbuntowali się, urwali ze smyczy, wypełzli z podziemi i pełzną tam, dokąd byśmy sobie nie życzyli.

Sprostowanie: jeden z Czytelników „Nowych peryferii” zwrócił mi słusznie uwagę, że drugi z prezentowanych cytatów to wypowiedź bohatera literackiego (powieści „Trociny” Krzysztofa Vargi), od którego sam autor się dystansuje. W tym sensie jest to cytat nienajlepiej dobrany, choć dobrze charakteryzuje dość powszechną mentalność części inteligencji i klasy średniej, co z pewnością wskazuje na przenikliwość autora.

 

6 komentarze/y

  1. Cieszę się, że ktoś to zjawisko opisuje.
    W dyskusjach internetowych o uchodźcach, np. na Krytyce Politycznej, nie chciałem nawet zabierać głosu.
    Jestem zwolennikiem przyjmowania uchodźców, a jednak retoryka pro-uchodźcza budziła mój niesmak, a nawet bunt.
    Nawet miałem jakieś poczucie winy, że nie zgadzam się, głęboko się nie zgadzam z tym, co piszą na KryPolu. Chodź powierzchownie (w sensie: tak czy nie) stałem po ich stronie (i po stronie migrantów).
    Powyższy wpis blogowy uświadomił mi, jak wygląda moje stanowisko w tej (i innych, podobnych) dyskusji. Pozdrawiam

  2. Bardzo dobry tekst, dobrze to ujęłaś.
    Natomiast te cytaty są naprawdę straszne, nawet nie sprawdzam kto może takie coś pisać, bo nie warto takich osób znać.

    • Dzięki. Myślę jednak, że nie jest tak, iż nie warto znać tych osób. Oni wpadli w pewien kanon mówienia o Polsce, który stał się takim dominującym kodem. Wydaje mi się, że że część z nich nawet ostatnio nieco zmieniła swój język. Czytałam wywiad z Ziemowitem Szczerkiem, w którym przyznał, że Polska była ważnym odniesieniem, symbolem dla Ukraińców protestujących na Majdanie. Już samo to mogło przyczynić się do zmiany jego spojrzenia. Lubię też czytać powieści Joanny Bator, nieraz podziwiam ją za zmysł obserwacyjny i narracyjny talent, choć sposób przedstawiania pewnych zjawisk oczywiście „uwiera”. Ona sama zresztą w wywiadzie, który zacytowałam, przyznała, że ojczyzna ją uwierała, jednak potem nieco zmieniła podejście. Wydaje się, że jest szansa, że to się będzie zmieniać.

  3. Dzięki za komentarz. Ja też jestem oczywiście za przyjmowaniem uchodźców. Nie chciałabym, żeby ten tekst został zrozumiany w taki sposób, że nie. Chciałam tylko zastanowić się nad tym, skąd się bierze społeczny opór przed tym, i czy aby po prostu z wrodzonej ciemnoty i nietolerancji. Nie wiem, czego dotyczyła dyskusja na KP, byłabym wdzięczna za podesłanie linka. Pozdrawiam

    • Nie wiem, czy potrafię wklejać linki. Spróbuję.
      W odpowiedzi na ksenofobiczne komentarze pod felietonem:
      http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20150526/11-powodow-dla-ktorych-powinnismy-przyjac-wiecej-uchodzcow
      Jaś Kapela wysmażył ironiczny felieton- wiersz:
      http://www.krytykapolityczna.pl/felietony/20150530/nadchodzi-fala-bialoskorych-slowian
      Ten wiersz mógłby stanowić bodziec do refleksji nad naszą – społeczeństwa polskiego – tolerancją, empatią – w innych warunkach jednak.
      Przeczytaj wiersz Kapeli. On jest przykładem odwrócenia obelżywych (dyskryminujących całe grupy) popularnych twierdzeń tak, aby autorzy takich wypowiedzi poczuli dysonans poznawczy – tak zrozumiałem intencję Kapeli.
      Problem w tym, że… no właśnie, obelgi w stosunku do polskiego społeczeństwa, narodu, polskich mas (tzw. ciemnogrodu) są tak powszechne, że felieton Jasia Kapeli NIE JEST ironiczny. I stąd mój sprzeciw, gdy czytam „ironiczne” odwrócenia (również dotyczące antysemityzmu, mizoginii, homofobii). Ironia i odwrócenie ról nie działa, gdy kieruje się ją w stronę uprzednio upokorzonych.
      Nie czuję się odbiorcą tej ironii, i nie solidaryzuję się też z nienawiścią wylewającą się pod poprzednim tekstem JK.
      Krytyka Polityczna to kopalnia cytatów pasujących do powyższej blogonotki.
      P.S. Twojego tekstu nie odebrałem jako sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców.

      • Przeczytałam to dziełko i zgadzam się w pełni z Twoją interpretacją. Zgadzam się, że w świetle tego, co różne osoby z tego środowiska piszą, ironię Jasia Kapeli można poddać w wątpliwość. Zastanawiam się, czy ktoś na serio liczyłby na to, że ta wiązanka inwektyw zmieni czyjeś nastawienie względem uchodźców. Obawiam się, że raczej wręcz odwrotnie. Co przywodzi na myśl, że nie to jest celem, a jedynie podkreślenie własnej wyższości..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *