Realność poznaje się po zapachu (noworoczna dygresja na błahy temat)

W przedświąteczny, niedzielny wieczór cały ten Zbawix opustoszał, a mnie przydarzyła się chwila, z którą nie miałam co zrobić, więc postanowiłam ogrzać się w barze Corso. Gdy usiadłam w kącie z dobrym widokiem na resztę lokalu, dostałam szklankę gorącej czekolady z nadmiarem bitej śmietany na szczycie, zaczęło mi się wydawać, że jestem w jakimś dalekim, staroświeckim mieście, w którym nie ma Internetu, albo przynajmniej mediów społecznościowych, ludzie przychodzą do kawiarni, by posiedzieć z gazetą albo leniwie porozmawiać, nie planując przy tym żadnego projektu, a bezczynne przyglądanie się rzeczywistości i jej mieszkańcom zza stolika nie wydaje się niczym szczególnie ekscentrycznym.

corso

Corso to przedstawiciel wymierającego gatunku niemodnych lokali gastronomicznych, rozsianych jeszcze gdzieniegdzie po całym kraju. Na mojej prywatnej mapie jasnymi punktami świecą niepozorne oazy: stołówka „W starej Aptece” w Nałęczowie, koktajl bar „Kama” w Krakowie, cukiernia Pomianowskiego na Broniewskiego w Warszawie i inne (wielu z nich, na przykład warszawskiej kawiarni Poziomka, którą zastąpiła coffeheaven, a teraz pewnie jeszcze coś innego, dawno już nie ma). To nieliczne lokale, w których przeważają ludzie starsi, a na herbatę, kawę czy ciastko stać osoby mniej zamożne; miejsca, które każdym elementem swojego wystroju, jadłospisu, zawartymi w nim cenami czy nawet użytymi sformułowaniami nie krzyczą: jesteśmy dla klasy średniej, dla młodych, dla hipsterów, dla wielkomiejskich elit (a jednocześnie nie są barami mlecznymi, z definicji tanimi i codziennymi, ani też klasowo i płciowo określonymi „mordowniami” – co nie znaczy, że obie te kategorie nie są warte opisu, a może i apologii). Te, o które mi chodzi, poza skromnym (albo też charakteryzującym się nieco trącącą myszką elegancją) wystrojem poznaje się przede wszystkim po zapachu. To zapach porządnego, tradycyjnego obiadu (w „Corso” takie dają obok włoskich lodów i czekolady) albo nieopisywalny, może lekko syntetyczny aromat niesieciowej cukierni z okrągłymi stolikami i rurkami z kremem.

226

Miejsca, które tak pachną, muszą być chyba połączone jakimś podziemnym tunelem, tajnym szlakiem ostatnich skromnych kawiarń i przaśnych barów, które podpisały po cichu porozumienie, aby nawzajem podtrzymywać się w istnieniu, a w nocy, gdy nikt nie widzi,  w niemej, dyskretnej solidarności mrugają do siebie z różnych zakątków kraju.

***

Miejsca realne (tak je nazwałam, inspirując się tekstem Filipa Białka „Realne, czyli polskość”) zrośnięte są z okolicą, nie muszą niczego udawać, nieustannie się odnawiać, zmieniać wystroju i designu, oferować dań z coraz to bardziej wyszukanych importowanych składników, a nawet, jeśli lokalnych, to podanych w modnym, ideologicznym sosie i z ceną odpowiednią do troski włożonej w zgodność z ideologią w każdym calu. Ich odpowiednikami, które zdarzyło mi się odwiedzić, są na przykład nieco obskurne winiarnie w Lizbonie albo wschodnioniemieckie restauracyjki, w których wegetarianin może zjeść ryż z musem jabłkowym albo ogromny Knödel polany waniliowym sosem.

Miejsca realne w różnych postaciach (tu nie tylko chodzi o knajpy) coraz częściej ustępują homogenicznej rzeczywistości peryferyjnego kapitalizmu – przestrzeni bez właściwości, zaludnionej przez wielkopowierzchniowe składy, parkingi, billboardy, centra handlowe, dyskonty Biedronka, które moszczą się w centrach szarych osiedli. A obok nich wrastają sterylne, ale równie przerażające niby-światy nowej klasy średniej – deweloperskie dzielnice o eleganckiej, ale nijakiej architekturze, z wysepkami nazbyt ułożonej zieleni i lokalami usługowymi, oferującymi dobre francuskie pieczywo i stomatologię zen. Tak zaczyna wyglądać kraj, który wszystko, co swoje, zastałe i od dawna wrośnięte w krajobraz, chce zmieść pod dywan. Nie pojmując, że nijaki kształt, który przybiera, rzucony na żer rynku niemal bez przeszkód władającego przestrzenią, w nikłym tylko stopniu przypomina upragniony zachód, a raczej jego zaplecze, coś jak tylny dziedziniec luksusowego hotelu, na którym stoją śmietniki i gdzie podjeżdżają dostawcze samochody.

Tymczasem Bar Corso trzyma się jeszcze mocno placu Zbawiciela, a w Starej Aptece kucharka, która nie musi silić się na przesadną uprzejmość, wykrzykuje numerki obiadów z kompotem. Jeszcze nie jesteśmy zgubieni.

 

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *