Lewica jak smok-ladaco

Nie będzie to kolejna wypowiedź o felietonach Poli Dwurnik, choć zainspirowały mnie do niej opinie, które pojawiły się właśnie z okazji sporów o prasowe występy artystki. Podejmuję krótką refleksję, mając także w świeżej pamięci niedawne wybory samorządowe, które, mimo pewnych niewątpliwych sukcesów ruchów miejskich, nie okazały się, delikatnie mówiąc, optymistyczne dla niezależnej lewicy w jej kilku odsłonach. Te dwa wątki, ostatnia „beka” (i jej przeciwnicy) oraz wybory i tak zwana „przyszłość lewicy”, pozornie od siebie odległe – jednak w jakiś symboliczny sposób się łączą.

Jedną z reakcji na wspomnianą „aferę” był tekst, który mnie szczególnie poruszył, autorstwa Krzysztofa Nawratka, polemizujący z kolei z ostatnią wypowiedzią Krzysztofa Posłajki. Nawratek pisze tak:

„Fundamentem lewicowego myślenia jest empatia – nie jako paternalistyczne ‚pochylanie się nad cierpiącym’, ale horyzontalne współ-odczuwanie”.

I dalej:

„Podstawowym błędem – moim zdaniem – jest swego rodzaju pop-marksizm, którym wydają się posługiwać lewicowi komentatorzy. Ten marksizm jest fundamentalnie skażony Schmittem i sprowadza się do budowanie strategii politycznych w oparciu o konflikt klasowy”.

Zdecydowanie się z tą diagnozą nie zgadzam. Chyba nie napiszę niczego szczególnie odkrywczego: nie ma lewicy bez konfliktu. Doprawdy, nie wiem, jak należałoby czytać Marksa, żeby nie znaleźć tam klasowego antagonizmu, i wcale nie trzeba do tego Schmitta. Nie trzeba być także zagorzałym marksistą, aby uważać, że należy dążyć przynajmniej do zmniejszenia ekonomicznych (i kulturowych) nierówności, a tego nie załatwi się samą „empatią” czy „czułością”.

Żeby stwierdzić, że element konfliktu jest w polityce niezbędny, wystarczy przyjrzeć się polskiej rzeczywistości polityczno-medialnej, w której głównym, sączącym się zewsząd uczuciem zdaje się być frustracja. Ona nie zniknie, choćbyśmy nie wiem jak próbowali zmieść ją pod dywan, przemawiając językiem koncyliacyjnym i racjonalnym. Wypłynie w tej czy innej formie, i to przynajmniej częściowo od nas zależy, czy przybierze formę mrocznego internetowego trollingu, kibolskiego marszu, fascynacji Korwinem-Mikke czy też może walki o własne prawa.

Bardzo ogólnie mówiąc, jednym ze źródeł owej frustracji są niewątpliwie różnego rodzaju układy i przywileje, silne szczególnie w krajach peryferyjnych, gdzie instytucje nie są stabilne, o wiele lepiej jest zatem polegać na sieci nieformalnych zależności. Temat niesłusznie przez lewicę bagatelizowany, eksploatowany za to intensywnie, i często w spaczony sposób, przez siły prawicowe, nie mówiąc już o tabloidach czy portalach plotkarskich. To prawda, że prawica, węsząc wszędzie „układ” „spisek”, „resortowe dzieci” i korupcję, ignoruje jednocześnie najczęściej strukturalne, często regulowane przez czynniki ponadnarodowe, przyczyny ekonomicznych nierówności. Takie, jak choćby łamanie praw pracowniczych, zbyt niskie płace i podatki dla najbogatszych, postępująca deregulacja gospodarki. Wojownicy z korupcją i koteriami często chcieliby jeszcze gorliwiej „deregulować” co się tylko da.

Nie oznacza to jednak, że zjawiska te należy ignorować. W tym kontekście przypomniała mi się książka amerykańskiej antropolożki Janine Wedel, która przyjechała na badania do Polski w okolicy stanu wojennego. Mimo że takie spojrzenie z zewnątrz może wydawać się nieco naiwne i nie dość głęboko ugruntowane w miejscowych realiach, często jest ożywcze. W książce „Private Poland” opisuje ona życie codzienne Polaków w czasie kryzysu realnego socjalizmu, chwytając zjawiska, które jednak nie wydają się przynależeć wyłącznie do tej epoki. Jedne z kluczowych pojęć, których używa Wedel, nie tłumacząc ich z języka polskiego, to „środowisko” oraz „załatwić” czy „załatwić sprawę”. Te dwie kategorie, w tym kontekście, jako obce zwroty (trochę jak „mana” albo „tabu”), pozwalają obejrzeć się w nowym świetle, jako coś ważnego dla naszej kultury.

Tymczasem w jednej z  niezliczonych dyskusji pod którymś z postów o felietonach Poli Dwurnik dowiedziałam się, że otwarte mówienie o czyjejś odziedziczonej pozycji społecznej jest „nieeleganckie”. Możemy sobie rozprawiać o feminizme, emancypacji, równości, nawet mówić językiem analizy klasowej, używając bardzo skomplikowanych terminów, sypać cytatami z Bourdieu jak z rękawa, ale o konkretnych przywilejach konkretnych osób cicho sza, bo może zrobić im się przykro. Może nawet jest tak, że język radykalnie lewicowej, abstrakcyjnej teorii społecznej skutecznie służy odwróceniu uwagi od konkretnych realiów. Nie wiem, czy kategoria elegancji w ogóle pasuje do lewicy, ale wiem, że coś tu zostało postawione na głowie.

„Nie wypada” o sprawach klasowych mówić w sposób osobisty, gdyż tak się składa, że tą naszą niszową, kanapową, niezależną lewicę tworzą w dużej mierze ludzie na różne sposoby uprzywilejowani. Niekoniecznie ekonomicznie, być może częściej pod względem kapitału społecznego i kulturowego, czy kwestii „wolnego czasu”, o której słusznie pisał Posłajko.  Jeśli jednak będziemy zajmowali się, w imię empatii, celebrowaniem wysokiego statusu postępowych elit, to niewiele będziemy w stanie zdziałać; jeśli nie dokonamy rzeczywistego otwarcia i prawdziwej, „radykalnej inkluzji” (poza nasze „środowisko”), możemy sobie o horyzontalnej empatii i inkluzyjności rozprawiać do (tutaj powstrzymam się od nieeleganckiego epitetu) samej śmierci. Będziemy wówczas pławić się w wygodnym przekonaniu, że jeśli „lud” nas nie słucha, to być może sobie na nas nie zasłużył. Pozostanie nam siedem lekko tylko nadkrojonych francuskich serów, niczym siedem nie do końca wygranych wyborów.

smok_ladaco1

Dlatego jedynym sensownym pomysłem na lewicę jest lewica nieelegancka: konsekwentnie antyelitarna, konfliktowa, antyestablishmentowa, może nawet agresywna.  I tu znów jednak, choć przewrotnie, zapożyczę się u Dwurnik: lewica musi być jak smok-ladaco, zionący ogniem i nieco bezczelny. Walczący zarówno ze zglobalizowanymi mechanizmami gospodarczymi wzmacniającymi nierówności, jak i lokalnymi feudalizmami, które psują instytucje publiczne, generują zamknięte środowiska, do których wstęp, często zapewniający kluczowe zasoby, mają tylko nieliczni.

Rozdrapujmy niewygodne tematy i konfliktujmy nie tylko dlatego, że tak jest sprawiedliwie. Dlatego też, że język empatii, „nieantagonizowania” i jedności do nikogo nie trafia. Dla większości ludzi w tym kraju, borykających się z czynszem za mieszkanie, kolejką do lekarza, jest on w najlepszym razie komunikatem w dziwnej, nieznanej bliżej mowie. Lewica, która jest opowieścią elit o ich etycznym, łagodnym i wyemancypowanym stylu życia, nie znajdzie wielu zwolenników, i trudno się dziwić. Wyrazem prawdziwego braku empatii jest nieumiejętność dostrzeżenia nieformalnych mechanizmów władzy i jej ofiar.

Nie chodzi o to, żeby robić w skąpych lewicowych szeregach jakąś „klasową czystkę”. Ani o to, żeby w ramach ekspiacji i klasowej słuszności ubrać się w gumofilce, wcinać kaszankę i rzucać seksisowskimi dowcipami. Chodzi o rzeczywistą solidarność, która musi zacząć się od refleksji nad naszym własnym położeniem w strukturze społecznej. Nad tym, co możemy zrobić dla sprawy,  jeśli tak się akurat składa, że mamy więcej władzy (choćby symbolicznej). Również nad tym, jak nie okazywać poczucia wyższości i odstraszać czy wręcz upokarzać ludzi z innych sfer społecznych.

A więc, lewicowy smoku: więcej ognia.

PS: Często zadaje sobie to pytanie: a jak bycie lewicą „bliżej ludzi” się udawało kiedyś? Przecież dawni przywódcy PPS-u, nauczyciele w uniwersytetach ludowych, założyciele kółek samokształceniowych, owe „wielkie postaci” tej minionej, całkiem silnej, polskiej lewicy, to też osoby wywodzące nierzadko z warstw pod jakimiś względami uprzywilejowanych czy wyalienowanych ze świata robotniczo-chłopskiego. Ale czy, dajmy na to, Stefanii Sempołowskiej (akurat ostatnio przeglądałam jej pisma) przyszłoby do głowy, żeby na łamach prasy rozprawiać o swoim (skromnym zresztą, ale raczej nie „grzecznym”, przynajmniej wedle ówczesnych norm, na tle których była kobietą odważną i wyemancypowaną) stylu życia? Pisała o wszystkim: o kobietach w warszawskich aresztach; o getcie ławkowym; o warunkach w więzieniach; o pedagogice; tylko nie o sobie.  Nie wiem, czy to jest odpowiedź – może kawałek?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *