Zapiski z niedomiasta I, czyli myślmy o rolnictwie

Kwestia rolna jest jedną z tych, co zdają się nie dotyczyć nas, miastowych, bezpośrednio, nie należy też, oględnie mówiąc, do popularnych i elektryzujących tematów debat politycznych. Zagadnienia te kojarzą się z czymś tak prozaicznym, jak cena skupu żywca, tabela z kwintalami zboża na hektar, skład nawozów sztucznych. Albo więc nuda i toporność, albo uśmieszek politowania, jak wtedy, gdy do pociągu albo samochodu w trakcie międzymiastowej podróży wedrze się na chwilę „swojski, he he” zapach gnojówki i popsuje atmosferę.

Co innego jedzenie. O nim rozmawiać zdecydowanie wypada, a z bloga kulinarnego można, przy pewnej dozie profesjonalizmu, nawet się utrzymać. Pewnie nieraz lepiej, niż z niewielkiego rolnego gospodarstwa (chyba, że właściciel tego ostatniego jest niezwykle rzutki w zdobywaniu dopłat). Ta przepaść między sferą produkcji podstawowych, niezbędnych do życia dóbr, będących zarazem źródłem przyjemności, więzi społecznych, tworzywem znaczeń, tradycji i nieraz tożsamości, a sferą konsumpcji, jest dla mnie czymś frapującym. To prawda, że nasza żywność coraz mniej powiązana jest z miejscem, z którego pochodzi. Że w miejskich, od niedawna nawet i w małomiasteczkowych sklepach można dostać wszystko, bez względu na sezon i odległość od miejsca produkcji. O rolnikach, zwłaszcza tych lokalnych, łatwo więc niejako zapomnieć. Jednak tę coraz bardziej zróżnicowaną i wyrafinowaną (dla tych posażniejszych) lub przetworzoną i zestandaryzowaną (dla mniej posażnych) żywność zawsze w ostateczności produkuje jakiś wieśniak, wydaje z siebie jakaś ziemia, nawożona najczęściej wciąż jeszcze jakimś obornikiem.

„W rolnictwie obok wiedzy technicznej stoi żywa natura, którą człowiek nie może dobrowolnie kierować. Dlatego przemysł czuje swoją wyższość jako dział niezależny, którego woli podlega martwa natura. Rolnik musi schlebiać żywej naturze, by chciała tworzyć. Stąd wynika to prymitywne poczucie wyższości, które cechuje przemysł” – pisał w 1987 roku Ryszard Manteuffel w „Filozofii rolnictwa” (okazuje się, że na ten temat też można filozofować). Dziś byśmy powiedzieli pewnie o poczuciu wyższości dotyczącym pracy w usługach czy szeroko pojętej „pracy intelektualnej” („kreatywnej”?). Tymczasem „prawdziwy (…) rolnik kształtuje żywe organizmy roślinne i zwierzęce. Można go w pewnym stopniu porównać do artysty (…), odczuwa on podobne radości jak artysta, któremu się uda stworzyć coś pięknego. Podobnie też jak artysta pasjonuje się uzyskanymi wynikami” (może i Manteuffel trochę romantyzuje, ale trudno nie uznać, że rolnictwo jest kunsztem, które wymaga wiedzy i złożonych umiejętności, tak obcych mieszkańcom miast i być może dlatego pogardzanych).

manteuffel

Do tematu rolnictwa w szczególnie ambiwalentny sposób podchodzi szeroko pojęta lewica. Zagadnienie to jest dla niej w jakimś sensie niewygodne, jak mi się zdaje, z kilku powodów. Pierwszy, zasadniczy powód tkwi w jej korzeniach teoretycznych. Niechęć wobec chłopów ma z pewnością źródło w myśli samego Marksa, który we wsi widział jedynie źródło konserwatyzmu (marksowską frazę o „idiotyzmie życia wiejskiego” powtarzają w nieskończoność liberalno-lewicowi zwolennicy „Oświecenia” i modernizacji na wzór zachodni). Ważniejsza od oceny samej wiejskiej rzeczywistości jest jednak rola postępu i techniki w myśli marksistowskiej, dla której punktem wyjścia była cywilizacja przemysłowa. Do rewolucji socjalistycznej niezbędny miał być skok technologiczny i związane z nim powstanie jednolitej, zdolnej do samoświadomości i samoorganizacji ponad granicami państw, klasy robotniczej. Chłop prócz kajdan miał do stracenia przecież ziemię, „nieruchome” źródło swojego utrzymania. Co znamienne, według marksowskiej ortodoksji ziemia nie ma bezwzględnej wartości dodatkowej, ponieważ nie jest stworzona przez pracę ludzką (jej wartość równa się nakładowi pracy zużytej na doprowadzenie nieużytku do używalności).

Mówię o rzeczach dość oczywistych, zdaje się jednak, że nie do końca oczywiste są ich konsekwencje. Coraz częściej nie mogę się oprzeć myśli, że chłopi są jedną z najbardziej prześladowanych i poszkodowanych grup w historii, co jakoś zostaje pominięte. Cywilizacja przemysłowa w Anglii zaczęła się od ogrodzeń, czyli rugowania ludzi z ich ziemi, by mogli stać się „wolną siłą roboczą”. Wielkim kłopotem stało się chłopstwo także dla bolszewików, którzy postanowili „przeskoczyć” burżuazyjny kapitalizm jako etap rozwoju i przeprowadzić rewolucję w kraju słabo uprzemysłowionym, jakim była Rosja. Lenin chciał zjednać chłopów dla sprawy rewolucyjnej, nadając im ziemię i pozwalając utrzymać prywatną gospodarkę. To robotnicy mieli jednak stać u steru nowego, socjalistycznego ładu. Stalinowski plan 5-cioletni zakładał forsowną industrializację, która wymuszała kolektywizację rolnictwa mającego odtąd służyć przemysłowej machinie państwowej. Paliwem tych potwornych przemian miały stać się żyzne czarnoziemy Ukrainy. Niechętni wobec kolektywizacji chłopi ukraińscy zostali wrogiem klasowym numer jeden, „kułakami”, których należało zaprząc do pracy w kołchozach lub „zlikwidować”. Uruchomiono dehumanizującą propagandę, a następnie wprowadzano kolejne etapy rekwizycji żywności, zakazy przemieszczania się w celu żebrania w miastach, itp. Likwidacja chłopów jako klasy łączyła się w tym potwornym planie zagłady z planowym niszczeniem ukraińskiego narodu. W latach 1932-1933 zagłodzono na śmierć 3 miliony ludzi. Wciąż nie mogę uwierzyć, dlaczego fakt ten tak rzadko wymieniany jest wśród wielkich zbrodni XX-wiecznych totalitaryzmów (i dlaczego, nota bene, nie jest przywoływany w przypadku kontynuacji kolonialnej polityki, jaką jest dzisiaj atak Rosji na wschodnią Ukrainę).

Podsumowując: chłopi przeszkadzają w modernizacji i są zarazem dla niej niezbędni, jako producenci żywności i jako potencjalna siła robocza w miastach. Cywilizacja miejska dąży do wchłonięcia chłopstwa i pozostawienia na wsi jak najmniejszej jego liczby obsługującej coraz wydajniejsze rolnictwo. Kraje o wysokim odsetku ludności wiejskiej uznawane są za zacofane. Jednak jednym z najważniejszych problemów cywilizacji przemysłowej, która pozbyła się klasy chłopskiej, jest zapewnienie rosnącym miastom i zakładom przemysłowym zaopatrzenia w żywność w jak najbardziej wydajny sposób. Jednocześnie rodzącej się przemysłowej cywilizacji zboża dostarczali między innymi utrzymywali w półniewolnictwie polscy chłopi pańszczyźniani. Gwałtowny rozwój zachodu okupiony został stagnacją i niewolą w naszej części świata.

Wolny, indywidualny rolnik przeszkadza w modernizacji, gdyż jest, przynajmniej w pewnej mierze, samowystarczalny. Tymczasem wszelki rozwój wymaga siły roboczej niezdolnej do samodzielnego utrzymania się. Czy to w wersji proletariusza, czy współczesnego najemnego pracownika różnego rodzaju usług, często „słoika”, który przyjechał do dużego miasta w nadziei na lepsze życie. Wieś jest niebezpieczna – nawet, jeśli gospodarstwo rolne nie przynosi zysków, pozwala przeżyć, produkując na własne potrzeby, a więc niejako wyłącza się z łańcucha nowoczesnej gospodarki – czy to rynkowej, czy upaństwowionej. W tym sensie chłopi w istocie są, jak ich określono w jednym z artykułów w „Wyborczej”, „hamulcowymi modernizacji” – ich gospodarstwa to swoista rezerwa, zabezpieczenie przed nieograniczoną eksploatacją – są podstawą utrzymania, choćby i i na najniższym poziomie, a więc i pewnej autonomii (myśl tę zawdzięczam rozmowie z prof. Izabellą Bukrabą-Rylską).

memomakatka

[memomakatka]

Tymczasem rolnictwo, niejako tylnymi drzwiami, powraca jako temat lewicowy w postaci troski o suwerenność żywnościową i krytykę rolnictwa wielkoprzemysłowego. Na zachodzie dostrzega się od dłuższego czasu negatywne, wręcz katastrofalne skutki przemysłowego rolnictwa (zwłaszcza masowej hodowli zwierząt) dla środowiska i zdrowia człowieka. Nagle okazało się, że lokalna, tradycyjnie produkowana żywność jest ważnym elementem tożsamości, poczucia więzi z regionem i tradycją, a także bezpieczeństwa. Rolnik prowadzący własne, niewielkie gospodarstwo stał się na powrót ważną postacią, dostarczycielem zdrowia i „autentyczności”, czegoś, co badacze nowych ruchów żywnościowych (Alternative Food Networks), np. J. Murdoch i M. Miele w „Qualities of Food” (2004), nazywają connectdedness – poczuciem łączności, związanej z wiedzą o pochodzeniu spożywanej żywności czy nawet bezpośredniej więzi z jej producentami.

Fascynacja lokalną/zdrową/ekologiczną/tradycyjną żywnością (niepotrzebne skreślić) dotarła i do nas i przybiera różne formy – te drogie i wyrafinowane, wiążące się z dystynkcją klasy średniej robiącej zakupy na Bio Bazarze, spędzającej weekendowe przedpołudnie na Warszawskim Targu Śniadaniowym, a przerwy na lunch w drogich knajpach wegańskich, i te, przynajmniej z założenia, bardziej egalitarne, jak kooperatywy czy rozwijające się coraz prężniej RWS-y (Rolnictwo Wspierane przez Społeczność). Do tego dochodzi zainteresowanie produkcją – głównie pod hasłem ogrodnictwa miejskiego – w postaci zakładania wspólnotowych miejskich ogrodów, zajmowania opuszczonych działek, partyzantki ogrodniczej czy mini-ogródków na własnych balkonach. Ogrodnictwo miejskie wkracza do Polski pod nieco anarchistycznymi hasłami samowystarczalności (także na poziomie miast), autonomii, wspólnotowości, ekologicznej rewolucji. Po ciekawym spotkaniu dotyczącym ogrodnictwa miejskiego, niedawno zorganizowanym przez Warszawską Kooperatywę Spożywczą, do której należę, odniosłam wrażenie, że związane z tym ruchem idee zostają, nomen omen, żywcem przeflancowane, wraz z całą stosowną retoryką, z koncepcji zachodnich. Tymczasem ideologia „samowystarczalności”, przyświecająca aktywistom miejskiego ogrodnictwa, chyba nie do końca pasuje do lokalnych warunków. Na przykład, jak się dowiedziałam na spotkaniu, amerykańskie idee rolniczo-miejskie narodziły się po kryzysie i nawiązują do kryzysowych tradycji samozaopatrzenia jeszcze z czasów drugiej wojny, kiedy produkcja rolna szła na front. Nie znaczy to, że nie należy z nich korzystać, ale jak w przypadku każdej zewnętrznej inspiracji, warto najpierw dobrze rozpoznać rodzimy grunt.

Nie mamy u nas raczej, nawet w największych miastach, „pustyń żywnościowych”, na które odpowiedzią stało się zachodnie miejskie rolnictwo, a kraj nie został dotknięty kryzysem gospodarczym w sposób, który kazałby pracownikom korporacji uczyć się posługiwania motyką. Stosunkowo niedroga, wciąż dość wysokiej jakości (choć jej lokalność i sposób produkcji są już oczywiście problematyczne) żywność jest dostępna na licznych bazarach i w warzywniakach. Sądzę, że w lewicowym spojrzeniu na politykę żywnościową powinno chodzić o to, żeby ten stan utrzymać, a do tego poprawić go w ten sposób, aby docierające do przeciętnego konsumenta produkty rolne były możliwie lokalne, a łańcuch między nim a producentem możliwie krótki. Koncepcja miejskiej samowystarczalności nie wydaje się być w tym pomocna, mimo że inicjatywy związane z ogrodnictwem miejskim niewątpliwie warte są poparcia z wielu powodów – pewnie przede wszystkim społecznych i tych związanych z lokalną, miejską ekologią. Niezwykle ważną rolę pełnią oczywiście często atakowane ogrody działkowe, które są źródłem świeżego powietrza i zieleni dla miast, dają również możliwość wytchnienia, ruchu i posiadania własnych upraw swoim użytkownikom, często niezamożnym emerytom.

Jakkolwiek miejskie ogrody mogą być cenną szkołą współdziałania, pracy z ziemią, a także źródłem uzupełnienia diety, głównym źródłem żywności pozostaje (i, w moim przekonaniu, powinna pozostać) wieś. Dlatego trzeba o niej myśleć, przełamując tradycyjne lewicowe uprzedzenia. Warto też, o czym już pisałam wcześniej, pomyśleć o polskim rolnictwie nie jako przestarzałej strukturze domagającej się „modernizacji”, lecz jak o bogactwie, które domaga się przede wszystkim ochrony, a być może nawet przywrócenia pewnych sposobów produkcji, których zaniechano. Dziś świat zachodni „nosi na rękach” to, co dla nas wciąż jeszcze jest (choć w wielu regionach przestało czy przestaje być) powszedniością. Niedawny raport ONZ stwierdza, że zwrot ku rolnictwu na małą skalę jest nie tylko pożądany, ale jest jedynym możliwym sposobem na wyżywienie świata. Utrzymanie czy nawet „cofnięcie się” (co nie oznacza koniecznie odwrócenia się od wszelkich zdobyczy techniki) do bardziej pracochłonnego i mało wyspecjalizowanego rolnictwa to szansa na dobrą żywność i jednocześnie na zmniejszenie bezrobocia na wsi – pod warunkiem oczywiście, że produkcja będzie opłacalna – a tu właśnie się otwiera pole dla właściwej – także lewicowej – polityki, która stworzy warunki brzegowe dla rynku produktów rolnych.

Jak pisał Jerzy Kuncewicz (cytuję za: B. Dereń, „Geneza i przebieg strajku chłopskiego w sierpniu 1937 roku”):, „Czas wstrzymać nacisk na wieś, czas zaprzestać drenowania jej ludności z dóbr materialnych. Należy zapoczątkować proces odwrotny. W nowych warunkach mechanizacji coraz więcej będzie bezrobotnych w mieście. Trzeba zatem czuwać, aby rozkład z terenów wiejskich nie przeniósł się i nie przerzucił do państw rolniczych (…) Dorobek długich wieków skupionych w człowieku wsi – to nasza ostatnia rezerwa”.

Jak bardzo odległe są te słowa od dominującego sposobu myślenia! Zaniedbanie przez siły prospołeczne tematu rolnictwa może sprawić, że zostanie one oddane całkowicie grze rynkowej, jak w marzeniach „prezesów” z porannego programu EKG. A to bardzo niebezpieczne dla tej podstawowej, życiodajnej i twórczej aktywności.

c.d. Zapisków z niedomiasta n.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *