Kłopotliwe morze krwi

Nie będzie to polemika z tekstem Katarzyny Bratkowskiej, w którym odpowiada ona na list otwarty w sprawie północnokoreańskiej propagandowej opery „Morze Krwi” autorstwa Wiecznego Prezydenta Kim ir Sena.  Treść tej kuriozalnej wypowiedzi,  brnąca w usprawiedliwienia nawiązań do północnokoreańskiej propagandy i współpracy, choćby nie wiem jak przelotnej i pobieżnej, z ambasadą tego państwa, mówi sama za siebie. A może raczej powinna.

Warto jedynie przy okazji nadmienić, że wystosowany przez kilka środowisk (m.in. Zieloni, Młodzi Socjaliści, „Nowe Peryferie”) list otwarty, pod którym widnieje także moje nazwisko, nie jest żadnym „donosem”, jak była uprzejma stwierdzić Bratkowska, lecz wyrazem niezgody na legitymizację przez środowiska lewicowe zbrodniczego, totalitarnego reżimu.  Zresztą zakrawa na ironię fakt, że zarzut taki stawia osoba popierająca, w mniejszym lub większym stopniu, tradycję polityczną, w którym donos i denuncjacja są jednym z głównych metod sprawowania władzy.

Ciekawe, swoją drogą, czy uczestnicy i uczestniczki tego osobliwego projektu zdają sobie sprawę, po jak grząskim gruncie stąpaliby, gdyby przyszło im wystawiać rewolucyjną operę w prawdziwie rewolucyjnym kraju; jak delikatnym i trudnym zadaniem byłoby trzymanie się, niczym liny nad przepaścią, obowiązującej linii politycznej; jak łatwo, nawet nieświadomie, byłoby popaść w odchylenia od obowiązującej doktryny i tym samym wypaść z łask. Nie sztuką jest, chciałoby się rzec, wystawić rewolucyjną operę w demokratycznym kraju. Nie życzyłabym jednak Rewolucyjnemu Frontowi Operowemu, aby kiedykolwiek musiał uczyć się tego ryzykownego i wymagającego wielu wyrzeczeń kunsztu. Zbytnie przywiązanie do rewolucyjnych ideałów mogłoby poskutkować represjami nieporównywalnymi do „krzywdy”, jakiej wystawiający operę doznali za sprawą listu sprzysiężonych przeciwko „rewolucyjnej walki z patriarchatem” lewicowych partii i środowisk.

Można sobie ironizować, ale to wszystko powinno być więcej niż oczywiste. Ani list otwarty, ani komentarze nie byłyby wówczas potrzebne. A jednak w reakcji na list pojawiły się głosy osób, które zdają się być świadome skrajnie niedemokratycznego  i krwawego charakteru północnokoreańskiego reżimu, ale bądź sprzeciwiają się „cenzurze”, bądź nawołują do lewicowej jedności ponad sztucznymi, rzekomo, podziałami, wskazując na, ich zdaniem, szkodliwość praktyki wewnętrznej krytyki i niezgody.

Tymczasem sprawa odcięcia się od legitymizacji niedemokratycznych i zbrodniczych lewicowych ideologii i ich praktycznych realizacji wydaje się na tyle istotna, że warta jest poważnego wewnętrznego sporu. Choć podział na stronnictwa proradzieckie i antykomunistyczne (w licznych wariantach) w ramach polskiej lewicy był przedmiotem wielu sporów, dziś jednak granice często pozostają zatarte. W przypadku nieszczęsnego „Morza krwi” sprawa dotyczy aktualnie działającego reżimu – co czyni ten przykład jeszcze bardziej jaskrawym i przerażającym. Najczęściej jednak wiąże się ona z interpretacją historii i związanych z nią symboli. W powszechnym odbiorze – na stadionach, ścianach, tych rzeczywistych i internetowych, w popularnej prawicowej publicystyce, „lewactwo” kojarzone jest z legitymizacją komunistycznych zbrodni. I, w pewnej mierze, trudno odmówić tej uproszczonej i generalizującej optyce ziarna słuszności – a ekstremalne przykłady tylko to wrażenie uwydatniają. Na ten, najczęściej nieprawdziwy stereotyp,  strona lewicowa odpowiada jednak śmiechem lub wyrazami politowania.

W efekcie postawa ta staje się niestety dopełnieniem popularnej wersji prawicowej polityki historycznej,  elementem gry, w której cierpienia po dwóch stronach „barykady” są jedynie wyznacznikiem tożsamości. Jedni mają swoich żołnierzy wyklętych, inni, kierując się poniekąd słusznymi, niewygodnymi dla prawicowej narracji faktami –  przekreślają całą historię antykomunistycznego podziemia po 1945 r. I tak dalej.

Nie chodzi o to, by nie uznać złożoności motywacji i położenia osób, które w różnych okresach były zaangażowane w komunizm. Nie patrzeć czasem nawet ze zrozumieniem na uwikłanie, które nieraz podyktowane było szczerą wiarą w bezklasowy porządek, mający położyć kres wszelkiej nierówności i prześladowaniom. Chodzi o to, by nigdy więcej w te sidła nie dać się złapać – w retorykę szermującą hasłami sprawiedliwości społecznej i walki z „faszystowską reakcją”, przykrywającej nagą przemoc i autorytarną władzę. Do tego języka nawiązuje dziś, nota bene, oficjalna rosyjska propaganda – uwodząc część polskiej lewicy, która uwierzyła, że znów staje do walki z faszystowskimi banderowcami. O tym, że pod przykrywką tych haseł kryje się imperialna, prawdziwie ksenofobiczna ideologia – pisał m.in. wielokrotnie Timothy Snyder.

Dopóki nie postawimy jasnych granic, nie przyznamy, że dziedzictwo, do którego się odwołujemy, jest kłopotliwe i złożone, podobnie jak chcemy tego od naszych politycznych przeciwników –  nie będziemy wiarygodni w walce z jakąkolwiek dyskryminacją i wykluczeniem. To morze krwi, o którym część z nas wolałaby zapomnieć, też  domaga się uznania swojego istnienia.

 

3 komentarze/y

  1. Wydaje mi się, że problem jest nie tylko z „lewicą” proputinowską czy „lewicą” propółnocnokoreańską. Problem zaczął się dużo wcześniej, wraz z próbami rehabilitacji Lenina, Trockiego i reszty wesołej ferajny, dokonywanymi niekiedy przez bardzo przenikliwych, oczytanych i subtelnych intelektualistów. Nie mam nic przeciwko temu, żeby czytać Lenina, Trockiego czy późniejszych komunistów – to są ciekawe teksty, cenię czasopisma, które je publikują – ale już tutaj trzeba stawiać wyraźną granicę między czytaniem, poznaniem, a apologią.

    Przy czym – i uważam, że to jest bardzo ważne – ta granica powinna być, moim skromnym zdaniem, uzasadniana przyznaniem, że to jest nasza – polska, środkowoeuropejska, lewicowa – przeszłość i dziedzictwo, z którym jest problem, które trzeba zaakceptować, przemyśleć i przepracować. Wtedy krytyka stałaby się autokrytyką, refleksja – autorefleksją, a o to przede wszystkim powinno chodzić. Odciąć się od czegoś w imię abstrakcyjnych wartości jest bardzo prosto, tylko to nie prowadzi do przepracowania, raczej do przeniesienia.

    A co do Bratkowskiej, to niezależnie od niuansów (czy opera składa się z pieśni z lat 30., czy nie, czy napisał ją Kim, czy jego podwładni, czy wyraża ideolo, czy tylko jest tak wykorzystywana), postąpiono bardzo nierozsądnie decydując się na takie dzieło, a zwłaszcza, wchodząc w jakikolwiek kontakt z radosną agenturą zwaną też ambasadą. To było nierozsądne i krótkowzroczne ze względu na kontekst, a intencje i motywacje, w których przypisywaniu Bratkowskiej komentatorzy się prześcigają, nie mają tu żadnego znaczenia, bo czyny powinny podlegać ocenie, nie intencje (prowokacja, autopromocja, rewolucyjny zapał itd.). Ale i tutaj jest jedno ale – jako autorzy listu otwartego postąpiliście niewiele rozsądniej od tego Amatorskiego Frontu Rewolucyjnego Operowego. Przecież to, że na taki kąsek rzucą się media, było do przewidzenia, tak samo jak późniejsza generalizacja: feminizm, komunizm, lewica = Korea Północna. Jeśli Bratkowskiej nie można było wytłumaczyć, by opery nie wystawiała, lub robiła to ostrożnie, wszystko opatrując wyjaśniającymi komentarzami (ona sama twierdzi, że mimo otwartości z jej strony takich prób dialogu prawie nie było), to czy nie lepiej byłoby odizolować ją w praktyce, nie wchodząc z nią w przyszłości w żadne wspólne działania – a nie wystosowywać list otwarty, który w polskich warunkach musiał stać się spektakularnym młotem na lewicę?

    Serdeczności

    • Zgoda prawie we wszystkim. Na myśli miałam właśnie legitymizowanie radzieckiego komunizmu pod wszelkimi postaciami. Czytać Lenina, Trockiego – pewnie można, choć mnie niespecjalnie się chce:). Warto na pewno pochylać się nad losami nieraz inteligentnych i szlachetnych skądinąd ludzi uwikłanych we współpracę – po to, żeby to uwikłanie zrozumieć.
      Co do „przepracowania” – pewnie uciekałabym od psychologizującego języka, ale pełna zgoda. Napisałam zresztą o „kłopotliwym dziedzictwie”, i to jest chyba właśnie to.
      Co do listu – rozumiem Twój argument, był to w pewnym sensie kąsek dla mediów, ale lepiej chyba rzucić taki kąsek i przy okazji dać sygnał, że się odcinamy, niż pozostawić to bez komentarza, a sądzę, że prędzej czy później jakieś prawicowe medium dotarłoby do opery, lekką ręką obarczając odpowiedzialnością całą lewicę.
      Pozdrowienia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *