Humanistyko, nie umieraj

Jeśli polska humanistyka ma prezentować się taką, jaka wyłania się z wypowiedzi jej obecnych obrońców, to niech i jutro zapada się pod ziemię – pomyślałam jakiś czas temu po lekturze kilku tekstów i wysłuchaniu wypowiedzi dotyczących  kryzysu uniwersytetu, wywołanych likwidacją filozofii w Białymstoku i trudnej, nieraz krytycznej sytuacji tego kierunku w innych miastach.  To oczywiście przesadna, emocjonalna reakcja. Jednak ewidentna słabość i defensywność polskiej humanistyki przywodzi na myśl, że przydałby jej się pewien rodzaj wstrząsu.

Nie chcę przez to powiedzieć, że likwidacja kolejnych wydziałów jest mi obojętna, a politykę byłej minister Kudryckiej oceniam pozytywnie. Nie podoba mi się jednak, że większość głosów krytycznych wobec tej polityki sprowadza się de facto do obrony status quo.

Nie negując więc negatywnego wpływu, jaki ma widoczny w całej Unii proces łamania autonomii uniwersytetu poprzez zmuszenie go do dostosowywania się do „rynku”, nie negując absurdów i niesprawiedliwości związanych, chociażby, z systemem grantowym, warto zastanowić się nad lokalną specyfiką  styku „reżimu bolońskiego” i patologii wynikających – prawdopodobnie w dużej mierze – z peryferyjnego charakteru naszej akademii.

Pracownik czy pracowniczka wydziału humanistycznego polskiej wyższej uczelni oczywiście od razu jest na straconych pozycjach w porównaniu z kolegami i koleżankami z zachodu ze względu na dużo niższe płace. Zgoda, że  trudno wobec nich stosować te same kryteria. Zgadzam się również, że kryteria ocen publikacji humanistycznych mogłyby się nieco różnić od tych przyjętych do nauk ścisłych; że istnieją szczegółowe dyscypliny o znaczeniu lokalnym,  dla których naturalnym językiem publikacji jest polski. Kiedy jednak protest przeciwko nowym zasadom zaczyna przybierać formę uogólnionego sprzeciwu wobec publikacji w czasopismach międzynarodowych i w ogóle w językach obcych, zaczynam mieć wątpliwości. W tej odmowie współkształtowania światowej myśli humanistycznej pobrzmiewa dużo lęku, ale też trochę braku wiary w polską naukę, która tym samym świadomie skazuje się na bierną recepcję stworzonych gdzieś daleko teorii. Głos w obronie „języka polskiego” brzmi tu szczególnie fałszywie.

Ile w tym oporze rzeczywistego braku możliwości, a ile (przy życzliwej interpretacji) zakompleksionej rezygnacji? Dlaczego tak rzadko spod piór polskich humanistów – filozofów, socjologów czy antropologów –  wychodzą nawet nie tyle nowatorskie teorie, ile choćby ich twórcze modyfikacje? Dlaczego przy opisie własnych badań empirycznych standardem jest „wybór” odpowiedniej teorii do tematu i potem po prostu przedstawienie danych tak, aby do niej pasowały? Dlaczego książki, o których dowartościowanie apeluje Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, to często (nie ujmując niczego chlubnym wyjątkom) przyczynkarskie prace zbiorowe albo omówienia cudzych teorii?

A przecież  można przywołać historyczne przykłady na rzecz tezy, że mogłoby być inaczej. Zarówno w filozofii, jak i naukach społecznych mamy tradycje budowania teorii i pisania rozpraw również w obcych językach. Czy dokonania, chociażby, szkoły lwowsko-warszawskiej, fundamentalne dla rozwoju teorii socjologicznej prace Floriana Znanieckiego (który pisał w języku angielskim długo przed emigracją do USA),  prace Ludwika Krzywickiego czy Kazimierza Kelles-Krauza rozwijające teorię marksistowską, nie mogłyby stać się punktem odniesienia? A wielu wybitnych humanistów polskich żyło, przynajmniej przez część swojej aktywności naukowej, w warunkach niegodnych pozazdroszczenia (np. część prac naukowych Krzywickiego powstała w carskich więzieniach).  Nie sądzę, żeby upadek szeroko rozumianego etosu humanisty wiązał się tylko i wyłącznie z niedawną reformą szkolnictwa wyższego.

Można się też zastanowić, na ile stan humanistyki polskiej związany jest ze  sposobem finansowania czy specyficzną mentalnością, a na ile, przynajmniej częściowo – z feudalnymi stosunkami nierzadko panującymi na polskich uczelniach.  To już jest jednak temat-rzeka, zasługujący z pewnością na bardziej szczegółową (i przy okazji odważną) analizę.  Cieszy, że zauważają ten problem działacze Komitetu Kryzysowego, pisząc w swojej odezwie: „Był on [uniwersytet] miejscem, w którym koneksje towarzyskie, para-feudalne zależności odgrywały często ważniejszą rolę niż merytoryczne zalety pracowników. Takim miejscem pozostał do dzisiaj”.

Jedno jest pewne: dyskusja o humanistyce to jeszcze jedno pole, na którym ujawnia się specyficzny, peryferyjny, jak mi się zdaje, sposób myślenia polskich elit – jego elementem jest bezrefleksyjne zajęcie pozycji rezygnującej z podmiotowości,  zadowalającej się bierną recepcją. Nie chcę tutaj wespół z neoliberalnymi technokratami apelować do humanistów, by po prostu „wzięli się do roboty” czy na podstawie abstrakcyjnych wskaźników „udowodnili swą skuteczność”. Humanistyka, w tym filozofia, ma bezsprzeczną wartość, ale wtedy, gdy jest uprawiana w sposób godny swego miana. Inaczej staje się swoją własną karykaturą, a nawet pewnym rodzajem kłamstwa sprzedawanego studentom, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie nierzadko „renomowani”  wykładowcy z Warszawy czy innych dużych miast przyjeżdżają na kilka godzin w tygodniu albo rzadziej. Dlatego cieszę się również, że Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej oprócz walki o konkretne postulaty otwiera szeroką dyskusję, organizując ankietę, zaskakuje tylko nieco, że zaprasza do niej nie po prostu profesorów, adiunktów, doktorantów  i studentów, ale konkretne „środowiska” określane jako „lewicowe” i „prawicowe”.  Rozumiane w prymitywny sposób upolitycznienie (nie mylić ze społecznym zaangażowaniem) to chyba jeszcze jeden z problemów polskiej humanistyki, zwłaszcza pewnie nauk społecznych (wiążące się niewątpliwie z przyjęciem postmodernistycznej perspektywy poznawczej). Ale to już zagadnienie na inny tekst.

 

 

7 komentarze/y

  1. Wszystko prawda. Zastanawiam się tylko, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa reprodukcja lokalnych elit, które zazdrośnie strzegą swojego prawa do uniwersytetu, swoich tradycji rodzinnych i środowiskowych, swojego wizerunku jako mądrych i oświeconych… To się wiąże z hierarchicznością i feudalizacją instytucji akademickich, ale wydaje mi się, że wraz z urynkowianiem uczelni wzrasta resentyment i ekskluzja środowisk akademickich – okopywanie się w starych ideach i nawykach oraz aprioryczna dyskredytacja nowych.

    W tym sensie tak zwane „neoliberalne” reformy w praktyce tylko zamrażają feudalne stosunki w murach akademii. Bo o jakiej liberalizacji można tu w ogóle mówić, jeśli pracownik naukowy jest jeszcze ściślej związany – już nie tylko dydaktyką i pracą badawczą, lecz także zdobywaniem, realizowaniem i rozliczaniem grantów, koniecznością współpracy z biznesem w celu sfinansowania badań, ciułaniem punktów, makabrycznymi biurokratycznymi procedurami oceny i ewaluacji wszystkiego? O jakiej liberalizacji można tu mówić, jeśli student jest jeszcze ściślej związany z programem zajęć, ma coraz mniejszą możliwość wyboru samodzielnej ścieżki, odcina mu się dostęp do kolejnych kierunków i każe płacić za nadmiar wyrobionych ECTS-ów?

  2. ‚Nie chcę tutaj wespół z neoliberalnymi technokratami apelować do humanistów, by po prostu „wzięli się do roboty” czy na podstawie abstrakcyjnych wskaźników „udowodnili swą skuteczność”. ‚

    Wskazniki neoliberałów dla czegoś innego, niż prosta produkcja to absurd. Chyba, że mundre neoliberały chciałyby wprowadzić filozofio-waty. A w filozofii mogą się sprawdzić tylko opisowe cele i opisowe kryteria ewaluacji. Przypadkiem studiowałem kwestię absurdu neoliberalnych kryteriów w monitorowaniu nieekonomicznych czynności.

    Również kluczowa jest kwestia zwlaczania neoptyzmu na uczelniach, ale nie tylko: w zasadzie problem dotyczy całej sfery polskich instytucji od gminy, po instytucje centralne oraz firmy pod kontrolą państwa.

    Mam o tym tekst, który za jakiś czas opublikuję, jak dojdę do rozważań o społeczeństwie obywatelskim.

    A poza tym ładny teskt:) Temat filozofii podoba mi się dużo bardziej, niż moja sucha ekonomia, banki, korporacje, itd…. Po co ja to studiowałem?;o) Lepiej byłozostać ogrodnikiem:)

  3. Sporo slusznych uwag, ale tekst nie zostal, niestety,dopracowany pod wzgledem jęzkowo-stylistycznym. Humanistyko, nie umieraj, bo z tym bedzie jeszcze gorzej!

  4. Zbigniew Mitura pisze:Szanowni Obywatele Nauki,Ciesze sie, ze zamierzacie wziac sie za spware systemu grantowego, gdyz to wazny problem i tak naprawde nikt nie dyskutowal nigdy o nim na serio.Ale uwazam, ze dyskusji o waznych problemach nie mozna prowadzic tylko wg schematu, jak poprawic pewne szczegoly techniczne (typu jakosc recenzowania),ale czesto trzeba zaczac od ogolnych rozwazan o sensie .W przypadku systemu grantowego pytania o sens to np. pytanie czy sluzyc on powinien wspieraniu najlepszych czy raczej zasianiu ziarna. Wiadomo, ze np. granty europejskiesa dla najlepszych i jest to OK. Ale czy nam tutaj w Kraju potrzebne jest dublowanie systemu grantow europejskich, czy raczej ich uzupelnienie? Czyli koniec koncow, chodzi o pytanie, jaki powinien byc procent grantow przyznawanych (czy bardziej 10 procent, czy moze jednak ok. 50 procent). Oczywiscie w drugim wypadku pojedyncze przyznawane granty musialyby byc znacznie mniejsze niz obecnie . No, ale pozwoliby one brac udzial w grze prawie wszystkim, a najlepsi to jednak niech wykaza sie w walce z badaczami z calej Europy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *